środa, 3 maja 2017

Kwietniowe podsumowanie aktywności


Nasze bieganie się rozwija i przybywa nam motywacji im więcej zieleni w parku i im więcej kwitnących kwiatów. Wczoraj po latach biegaliśmy "kilometrówki". Ależ to było wyzwanie. Już po pierwszych 500 m nogi się plątały, a oddech był na granicy wyplucia płuc. Nie poddając się jednak, ale rzężąc okropnie i na miękkich nogach jakoś dobiegliśmy do końca, by po 3 minutach uspokajania oddechu rozpocząć kolejną walkę. Wytrwaliśmy na czterech powtórzeniach, choć z myślą, że jeśli jeszcze raz mielibyśmy doprowadzić serce do wyjścia poza skalę wykresu to nie byłoby to wcale przyjemne.

  


Żeby nie było nudno przeplatamy bieganie, pływaniem. Pływalnia Szuwarek jest blisko i nie ma tłoku na torach. Można sobie przypomnieć ułożenie ciała w wodzie i próbować pływania różnymi stylami. 



Gdy chcemy pobiegać to korzystamy ze swoich stałych tras: najbliżej jest wyskoczyć nad jeziorko Balaton, które widać z okna domu, ale jeziorko jest małe i trzeba się nakręcić wokół niego aby wyszedł jakiś sensowny dystans. Dlatego już o wiele lepiej jest pobiec do Parku Skaryszewskiego. Ostatnio jakoś regularnie uczestniczymy w sobotnich biegach w ramach parkrun, który odkryliśmy tak późno chociaż w parku biegamy już tyle lat. Ta przepołowiona fasolka to właśnie trasa 5 km biegu - start co sobotę o 9:00.   


Najbardziej jednak lubimy biegać w lesie - najbliższy jest w Marysinie Wawerskim. W czasie ostatniej majówki spotkaliśmy tam na jednym treningu dwoje biegających znajomych. Fajnie jest na długim wybieganiu zagadać z kimś, czas płynie szybciej i nie czuje się przebiegniętych kilometrów.




Ach gdyby wiosna mogła trwać i trwać. Ale mogłaby być w tym roku nieco cieplejsza, te zimne wiatry i deszcze jakoś nie chcą ustąpić. W maju zaczyna się kolejna edycja ECC, więc warto trochę więcej pojeździć rowerem, oczywiście w celach transportowych, czyli zgodnie z ekologicznym założeniem rywalizacji - rower zamiast samochodu i komunikacji miejskiej.


Już jednego dnia jadąc tylko do pracy i z powrotem (ja 25 km, Darek 17 km) zaoszczędzamy we dwójkę ponad 14 Euro. Czyli po miesiącu regularnego dojeżdżania rowerem tylko do i z pracy, wrzucamy do skarbonki 280 Euro.    


sobota, 22 kwietnia 2017

Tygrysi skok

Jednym, ale tygrysim skokiem przeskoczyliśmy od zimowych do wiosennych aktywności.

Na początek wspomnieć wypada o naszym Wielkim powrocie do biegowych, ... no właśnie, jak to nazwać? Może po prostu, powrót do dawnych przyzwyczajeń związanych z bieganiem, czyli systematycznego wychodzenia na bieganie, wdrażania się aby przebiegnięcie "dyszki" na treningu nie sprawiało zadyszki po dwóch kilometrach, tylko dawało przyjemność.


Przyznamy, że nie było łatwo wprowadzić organizm na dawne tory. A to niechęć przed porannym wyskakiwaniem spod ciepłego kocyka, a to wieje za bardzo i późno już, więc może pobiegamy wieczorem. A wieczorem już nie mam siły, bo równowaga praca-dom zaburzyła się w kierunku tego pierwszego elementu. A przecież aby się zregenerować to nie można zapominać o odpowiedniej ilości snu. I tak w kółko.










No dobra, ale to już było. Teraz jestem świeżo po lekturze poradnika, jak i co olewać żeby żyć tak jak się lubi i czerpać z życia przyjemność dla siebie. Jak ktoś się nie natknął jeszcze na tę pozycję, chętnie podzielę się tą książeczką. Najważniejsze to mieć świadomość dokonywania odpowiednich dla siebie wyborów.

Teraz sprawa wagi, nazwijmy ją ciężkiej, czyli co zrobiliśmy żeby czuć się lżej. I tu znów kłania się bieganie, bo bez niego nie byłoby motywacji do tego aby liczyć kalorie, wybierać na talerzyk (o dużych talerzach można tylko myśleć od święta) to co niezbędne i nieprzetworzone. I wiecie co? marchewka z pestkami słonecznika, zagryziona kalarepą czy ugotowanym na parze brokułem, może być doskonałym obiadem.





Potem przyszła pora na wyjęcie z szuflady dawno nie używanych zegarków sportowych. Wymieniliśmy baterie, skalibrowaliśmy co trzeba i znów można analizować dzienniczek treningowy. To najfajniejszy moment, oprócz oczywiście pobiegowego rozciągania.


Przeglądanie wpisów w programie, czy aplikacji zbierającej aktywności dzień po dniu, porównywanie statystyk z ubiegłych tygodni, czy miesięcy. Można drugie tyle czasu na tym spędzić. Do tego czytanie artykułów o bieganiu, różnych opinii, relacji, porównań sprzętu, tak żeby być na bieżąco co teraz w trawie piszczy w temacie butów, zegarków biegowych i czy jeszcze używa się tego co kilka lat temu. A jest tych gadżetów coraz więcej.
 
Przy okazji zmierzyliśmy sobie parametry wydolnościowe. Oczywiście pozostawiają dużo do życzenia, ale zamiast staczać się po równi pochyłej (chyba nie trzeba już dodawać, że w dół, bo słowo "staczać" oddaje już kierunek ruchu), to przynajmniej wiemy, że można podążać we właściwym kierunku, a że światełko w tunelu malutkie to nie szkodzi, ważne że jest cel. Czyli bieganie zostawia ślad w organizmie nie do usunięcia. Znów zapisaliśmy się na zawody i choć było bez emocji wynikowych tym razem, to ważne, że braliśmy udział i ukończyliśmy je wcale nie na końcu.


Jest jeszcze jeden aspekt, bardzo ważny, a mianowicie wpływ na odporność. I to nie tylko chodzi o tę immunologiczną, związaną z odpornością na choroby, ale odporność życiową na to co nas stresuje, irytuje, a każdy przyzna, że otacza nas tego typu sytuacji coraz więcej. Wtedy bieganie, a zwłaszcza po lesie, wśród drzew, zielonych, szumiących, czy nawet tych bezlistnych, jest tym co uspokaja i łagodzi jak balsam zszarpane nerwy. Gdy biegniesz w lesie nic nie musisz, tylko oddychasz i przebierasz nogami. Czasem się spocisz, czasem jest ci zimno, ale zawsze się zmęczysz i cieszysz się gdy wracasz do domy spełniona/-ny.










Wtedy właśnie, tkwiące gdzieś w nas komórki budzą się do życia i jak zmotywowani żołnierze stają do walki z tym co złe i niepotrzebne (tutaj mowa o NT, co jest skrótem od natural killers). Bo jeśli mnie się chciało pojechać w wietrzną i niepewną pogodę rowerem, albo wybiec do lasu gdy pada deszcz, to i NT staną do walki żeby mnie bronić.



Jesteśmy dzielni, nie dajemy się omamić żeby było cały czas ciepełko, bo tak się nie da. Nawet hygge jest ponoć wtedy większe, gdy wraca się do domu zmokniętym, zziębniętym, a kubek gorącej herbaty smakuje dużo lepiej niż gdybyśmy w ogóle nie wychodzili z domu.



Jeszcze trochę i zrobi się ciepło, a możne nawet gorąco. Wtedy poszukamy wytchnienia w cieniu drzew, w chłodnych wodach jeziora. Rezerwacja w Puszczy zrobiona już w lutym. Znów będzie rower, bieganie i pływanie. Czyli tak jak lubimy.

               

niedziela, 5 lutego 2017

A w Szklarskiej zima o jakiej marzyliśmy od dawna

Ostatnio prawie wcale nie biegamy, ani wieczorami, ani rano też zresztą. Darkowi z rzadka udaje się gdzieś kawałek przejechać rowerem, ale tylko blisko domu. Ja ograniczyłam rower do zera, bo ciągle jakieś przeszkody: a to za ślisko, a to nie odśnieżyli mi ścieżki, a potem znów nastały siarczyste mrozy. Niby dobre wymówki, ale zima nie jest łatwa dla rowerzysty. Aż wreszcie usiadł nad miastem smog jakiego nikt nie lubi: normy zanieczyszczenia powietrza przekroczone 400 do 600-krotnie i ogłoszony stan alarmowy w mieście. Co robić? Jak tu jeździć, jak biegać?

Wtedy dostałam e-maila zaczynającego się tak: "Renata, czas wyjść spod koca, czekają wspaniałe oferty w ..." i tu była lista różnych ciekawych miejsc. Przewinęłam w dół i zatrzymałam się na Szklarskiej Porębie. No właśnie, to jest pomysł i powiedziałam głośno do Darka: "Może byśmy pojechali na narty?".
Potem szybko dokonałam rezerwacji przez aplikację, Darek w tym czasie kupił w innej aplikacji bilety na pociąg. I w ciągu kilku minut, bez wychodzenia z domu, zupełnie spontanicznie zafundowaliśmy sobie pyszny tygodniowy obóz sportowy.


niedziela, 8 stycznia 2017

Święta w Holandii

Ponoć jesteśmy nowoczesnymi rodzicami. Dlatego tak łatwo i szybko zdecydowaliśmy się na spędzenie świątecznego czasu inaczej niż według polskiej tradycji. Choć trochę polskich smaków i zapachów zabraliśmy ze sobą. Ale po kolei.
Wspólnie z Adamem, który nie uznał naszego pomysłu za zbyt szalony, wsiedliśmy w Wigilię Bożego Narodzenia do samolotu, by późnym popołudniem wylądować w Holandii. Nie polecieliśmy tam tylko dlatego, że znudziły się nam pracowite przygotowania do wigilijnej kolacji. Chcieliśmy bowiem aby Adam miał prawdziwą Wigilię w kraju, w którym nie znają i nie obchodzą świętowania w dniu poprzedzającym Boże Narodzenie. Spakowaliśmy do walizki świeżo upieczony przez Darka, jeszcze pachnący makowiec, prezenty gwiazdkowe i kilka drobiazgów, których mogłoby brakować w holenderskim domu w czasie tych świąt, np. opłatek.

sobota, 22 października 2016

Trzy pory roku w trzy dni

Rekordowo udało się nam doświadczyć trzech kolejnych tak bardzo różniących się od siebie dni - każdy wyjęty z innej pory roku. Okazuje się, że takie rzeczy to tylko w Bieszczadach.
Rzadkością bywają tu ciepłe dni z temperaturami powyżej 20* C i ciepłymi nocami w październiku. Ale ponoć mamy ocieplenie klimatu, zatem to pewnie wpływ cywilizacji na te oddalone od świata miejsce. Dzięki temu w pierwszą niedzielę października pobrykaliśmy sobie po szlakach na maksa jakby to była pełnia lata.


niedziela, 4 września 2016

Mocna rzecz, mocno gorąca i bez mocy.

Ci co lubią "ciepełko" pewnie byli zadowoleni. Ale ani ja, ani Darek nie należymy do pasjonatów biegania w pełnym słońcu. A tak nam było dane na BMW Półmaratonie Praskim ad 2016.  Jeszcze kilka dni przed startem temperatury były raczej umiarkowane, niestety weekend poprzedziła fala upałów, a w niedzielę w południe termometry pokazywały o wiele za dużo. Warunki do biegania daleko odbiegały od znośnych. Nie należało więc podchodzić do tego startu zbyt ambitnie. Ci którzy tak próbowali mogli zakończyć jak ci, którzy wymagali pomocy medycznej. Choć na starcie nikt jeszcze o tym nie myślał. Start był o dobrej wczesnej porze, zatem nikt nie martwił się o dalszy rozwój wypadków.


sobota, 20 sierpnia 2016

Wakacyjnie, na luzie

Zgodnie z ostatnio występującym w turystyce trendem spędziliśmy wakacje w Polsce. Miejsce wybraliśmy już bardzo dawno, zanim dowiedzieliśmy się o tym, że Polacy zaczęli decydować się na spędzanie swojego letniego wypoczynku nad bałtyckimi plażami albo w Tatrach. Podeszliśmy do sprawy sentymentalnie i pojechaliśmy nad jezioro Świętajno gdzie bywaliśmy podczas trzech sezonów przygotowujących do startów w triathlonie. Zaczęło się od wspólnego treningowego obozu rodzinnego trio w 2010 roku,  potem w kolejnym roku była powtórka w okrojonym składzie i następnie Racibór po raz trzeci w wykonaniu znów tylko Renaty i Darka. Później nastąpiła dłuższa przerwa na zwiedzanie gór oraz rowerowe wyprawy po Europie. A Racibór i Jezioro Świętajno czekały. Aż się nas doczekały, a nam zrobiło się bardzo miło gdy okazało się na miejscu, że nic się tam prawie nie zmieniło: te same domy w okolicy czekały na wynajem lub wykończenie, te same kucharki gotowały dla gości w pensjonacie, ta sama pościel w tygryski w pokoju, w którym mieszkaliśmy po raz pierwszy, ba nawet ci sami goście co podczas każdej naszej wizyty bywali w pensjonacie, teraz znów byli na wakacjach. I tylko kilka leżaków i krzeseł ogrodowych wymieniono z drewnianych na plastikowe, bo nie wytrzymały próby czasu i wilgoci. Reszta sprzętów i wyposażenia w zasadzie pozostała bez zmian. Były kajaki i łódki, działała sauna i salka do ćwiczeń. Woda w jeziorze nadal czysta, lasu nikt za bardzo nie wyciął, a drogi w lesie bardzo dobrze oznakowane i pojawiły się nowe trasy rowerowe oraz mapki do użytku gości. Wszystko co potrzeba do spędzania urlopu aktywnie i w różny sposób.

Nasze założenia obejmowały tylko turystyczne i rekreacyjne poznawanie okolicy pieszo i na rowerach, którymi przyjechaliśmy z naszym bagażem (podjechawszy kawałek w deszczowy poranek pociągiem do Ciechanowa). W sakwach mieliśmy tylko sportowe rzeczy potrzebne na rower, do biegania oraz do pływania. I trochę zabawek do czytania, słuchania oraz innych umysłowych gier na wypadek deszczu. To wszystko i tak ledwo się mieściło w naszym bagażu.